Helisa Do Przodu

Published by

on

Czasem na rozpędzonej ścieżce życia następuje małe mignięcie – szczegół wpada w oczko, jak coś przypadkowego, niemal nieistotnego. A jednak zatrzymuje cały pęd. Uważność wtedy wisi gdzieś na granicy widzenia i rozumienia. I dopiero po chwili zaczynasz czuć, że to nie był zwykły detal. To był idealny początek i koniec.

Można by od razu – po co dorabiać historię dla każdego listka na gałązce? Przecież to tylko forma, powtarzalny wzór, coś, co można objąć jednym spojrzeniem i iść dalej. A jednak każdy z nich przyciąga uwagę inaczej. Każdy ma własne napięcie, własny cień, własny sposób odbijania światła.

Pierwszy listek działa natychmiast. Nie zostawia przestrzeni na interpretację. Budzę się z pewnej ciągłości, w której wszystko było jeszcze do utrzymania. Odruchowo patrzę w lustro, ale to spojrzenie nie jest już neutralne. Pojawia się coś na kształt szoku — nie tylko emocjonalnego, ale wręcz cielesnego, jakby serce zgubiło rytm, jakby energia w środku zaczęła krążyć w sposób niekontrolowany. Jakby gdzieś w oddali zatrzęsło się gniazdo węży.

Drugi uderza w strukturę. To jest moment, w którym moja własna Ivory Panopticon Tower — ta wewnętrzna konstrukcja kontroli, obserwacji i sensu — dostaje wstrząsu. Zaczyna się chwiać. Pojawiają się mikropęknięcia w miejscach, które wydawały się nienaruszalne. Ten impuls jest prosty i radykalny: domknąć symulację. Wyłączyć. Przerwać ciąg. Jakby jedyną odpowiedzią na to drżenie było zatrzymanie całego systemu. Jednak system się nie załamie. Zawiesi się na chwilę…

Trzeci listek przychodzi inaczej. Nie zaskakuje już, nie wbija się nagle, nie rozstraja konstrukcji. Jest znajomy…

Pojawia się cichy uśmiech. Bardziej ulga niż radość. Jakby w końcu ktoś wyjął nóż, który tkwił zbyt długo. Ból nie znika od razu… zostaje po nim przestrzeń. Oddychająca? A może pusta… Myślę sobie – nie muszę już krwawić w tych samych miejscach. Nie muszę wracać do tych samych korytarzy, które udawały ochronę, a były tylko zamkniętym obiegiem. Labirynty, które miały zabezpieczać DomiNację są z bardzo słabego materiału – z dymu i snów.

Czwarty? Niczym podkręcona kula… nieco cieszy… mówi, że nie trzeba już być widocznym w ten sam sposób. Że można się cofnąć, wyjść z kadru, zniknąć z centrum własnej narracji. Daje znać – oddychaj! Nastąpiła zgoda, o którą prosiłeś! Zatrzymuje wręcz zegar, budzi nadzieję i kusi myślą – Czy zbłąkany duszek mógłby na owej gałązce spocząć przez moment? Tak długo nawiedzał przeróżne światy według własnego uznania, mając w pamięci to, co przysiągł sobie dawno temu – „Nie obchodzi mnie! Jeden rzuci kamieniem, inny powie że ładnie – Ja po prostu gram swoją melodyjkę!”…

Piąty listek… nie uderza, nie boli, jest najwłaściwszy. Jest prawdą i pętelką, kołkiem na który czekałem – przypomina o początku, czyli – po co dla każdego listka nadawać narrację? Po co dla przedmiotu nadawać cechę, wgapiać się, wpatrywać, rozpatrywać… jest to przedmiot martwy. Zbędny, nie znaczący nic w egzystencji. Po co wartościować uwagą rzecz? Gdzie uwagę kierować warto? Tam > > > gdzie puls, życie i ciepło.

Tak więc możesz zapytać moja Przyjaciółko…. „Cóż to za magiczna pięciolistna gałązka aż tak wykręciła Twoją uwagę na 8 dni i nocy?” To już nieistotne. To nie przedmiot jest istotny. Nigdy nie chodzi o przedmiot. Nigdy nie chodzi o wpadający w oko skrawek.

It was never about the money.

Dodaj komentarz